Tak trzeba gotować ryż i makaron. Pierwszy taki wywiad Makłowicza z synami

Anna Anagnostopulu, Business Insider Polska: Marka „Makłowicz i Synowie” zadebiutowała w czerwcu. Jesteście zadowoleni z tego, jak przyjął ją rynek? Jakie wolumeny produktów sprzedajecie?

Mikołaj Makłowicz: Sprzedaż idzie bardzo dobrze, lepiej niż przewidywaliśmy. Szczegółowe dane zostawiamy jednak dla siebie. Jesteśmy częścią grupy kapitałowej, a spółka Pamapol, która jest udziałowcem „Makłowicz i Synowie”, jest notowana na giełdzie. Jej wyniki zostaną więc w odpowiednim momencie upublicznione.

Czy możecie wskazać swoje hity sprzedażowe?

Wszystko zależy od kanału sprzedaży i grupy docelowej. W sieci hitem są sosy azjatyckie, które kupują przede wszystkim ludzie młodzi. W kanale tradycyjnym fenomenalnie sprzedają się nasze oliwy. Bardzo dobrze radzą też sobie makarony i dania gotowe.

Dojście do miejsca, w którym jesteśmy, zajęło nam trzy lata, a tę markę traktujemy jako projekt na pokolenia. Wiemy, co chcemy osiągnąć, mamy wokół siebie fantastyczny sztab ludzi. Najważniejszy jest dla nas smak produktu i przystępna cena.

Jak wygląda w waszej firmie proces decyzyjny? Jak wypracowywana jest oferta? Zaczęliście bezpiecznie — od kuchni włoskiej.

Z tym bezpiecznie nie mogę się zgodzić. W Polsce jest gigantyczny problem z jakościowym makaronem. Poza jedną firmą, która ma w kraju szeroką dystrybucję, nikt nie oferuje makaronu trafila al bronzo, czyli jakościowego makaronu z mąki durum, który przechodzi przez matrycę z brązu, dzięki czemu jest porowaty i lepiej wchłania sos. W Polsce je się makaron, który w smaku zupełnie nie przypomina makaronu z Włoch. Przecież to jakaś abstrakcja!

Ferdynand Makłowicz: Jest ogromna różnica w smaku między makaronem trafila al bronzo a tym, do którego zostaliśmy przyzwyczajeni.

Robert Makłowicz: Makaron, który robi się w Polsce, to makaron do zupy. Podobnie jak na Węgrzech, na Słowacji, w Austrii. Kiedyś byliśmy skazani na jeden rodzaj makaronu, wytwarzanego w Polsce. Rozgotowywał się, stąd te irracjonalne pomysły, żeby dolewać do gotującej się wody oleju albo oliwy. Przecież tak się nie gotuje makaronu!

Od lewej Mikołaj Makłowicz, Robert Makłowicz i Ferdynand Makłowicz.
Od lewej Mikołaj Makłowicz, Robert Makłowicz i Ferdynand Makłowicz. | Makłowicz i Synowie

Przypominają mi się emocje moje i mojej rodziny wokół sera feta. Do niedawna mało kto wiedział, jak powinien wyglądać i smakować oryginalny grecki produkt.

To się zmienia. Rośnie liczba świadomych konsumentów, zakupy robią już ludzie, którzy całe swoje życie spędzili w Unii Europejskiej. Podróżują, próbują, wiedzą, czym jest feta, makaron, bakłażan, parmezan. Kiedy 30 lat temu zaczynałem robić swoje programy, musiałem to wszystko tłumaczyć od podstaw.

Zobacz także: Świerszcze w chili, suszone mączniki o smaku parmezanu. Polacy już jedzą robaki

Macie już w ofercie makarony, oliwy i dania gotowe. Jakich nowości możemy spodziewać się w najbliższym czasie?

Mikołaj Makłowicz: Pod koniec listopada na rynku ukaże się linia produktów wegetariańskich. Przygotowaliśmy trzy dania na bazie fasoli, reprezentujące różne kuchnie świata. Jest więc chili bez mięsa — chili sin carne, jest fasolka po grecku, z marchewką i selerem.

Robert Makłowicz: Klientom, którzy nie są weganami, rekomendujemy posypanie jej serem feta.

Mikołaj Makłowicz: Jest więc w końcu fasolka po hiszpańsku, czyli biała fasola w sosie pomidorowym z cynamonem i przyprawami z półwyspu iberyjskiego.

Za każdym razem staramy się pogodzić nasze smaki, dania, jakie sami jemy i chcemy serwować naszej rodzinie i przyjaciołom, z przystępną ceną. Cała sztuka polega na tym, by tworzyć jakościowe produkty na każdą kieszeń.

Jak to się robi? Wasze sosy kosztują ok. 10 zł, gotowe produkty 12-18 zł. Schodzicie z marży?

Połowę mojego czasu pracy spędzam z technologami w fabryce. Podróżuję po całym świecie, jeżdżę na targi, szukam najlepszych przypraw. Ludzie nie zdają sobie sprawy, jak wiele zmieniają przyprawy. Nie chcę zdradzać, czego dokładnie używamy, ale w naszych produktach nie znajdzie się glutaminianu sodu.

Nasza przewaga polega na tym, że znamy się na jedzeniu, a nasze produkty gotujemy najpierw od podstaw w domu. Tata gotuje, ja gotuję, nagrywamy to, a dopiero potem rozmawiamy z technologami, jak te receptury przełożyć na język masowej produkcji. Udoskonalenie sosu pomidorowego zajęło mi pół roku. Opłaciły się też podróże po Azji. Nasz sos koreański dostał właśnie prestiżową nagrodę na gali innowacji.

Kubki smakowe odziedziczyłem po tacie. Tata często gotuje z głowy, bardzo rzadko podąża za przepisem i ja mam podobnie. Jestem też sommelierem i mam pamięć do smaków. Kiedy więc jem jakieś danie na targu w Bangkoku i wiem, że chcę mieć ten smak w ofercie, jestem w stanie odtworzyć go w domu.

Bardzo dużo zależy od składników. Wystarczy użyć sosu sojowego niskiej jakości, żeby osiągnąć zupełnie inny smak. Więc cena naszych produktów wynika z wysokiej jakości półproduktów.

Jestem przekonana, że z nazwiskiem Makłowicz moglibyście wyżej wycenić swoją ofertę.

Ferdynand Makłowicz: Nasza praca ma sens tylko wtedy, kiedy oferta marki jest dostępna szeroko. Nie chcemy robić pereł dla wybrańców, tylko dobre, uczciwe, smaczne jedzenie, na które może sobie pozwolić większość Polaków.

Robert Makłowicz i synowie
Robert Makłowicz i synowie | Makłowicz i Synowie

Dlaczego stawiacie na produkty bezmięsne? Liczba wegetarian i wegan rośnie, ale to nadal nisza.

Robert Makłowicz: Nie jest tak, że kiedy kupuje się produkt wegetariański, trzeba okazać legitymację wegetarianina. Produkty wegetariańskie nie są tylko dla wegetarian, mogą po nie sięgać także osoby, które jedzą mięso. Jedzenia nie należy dzielić a priori na wegetariańskie, wegańskie i mięsne, tylko na smaczne i niesmaczne. Nam zależy, żeby tworzyć smaczne produkty, niezależnie od tego, czy jest w nich mięso, czy nie. Etykiety są istotne przede wszystkim dla tych odbiorców, którzy świadomie z mięsa rezygnują.

À propos etykiet — kto stoi za szatą graficzną marki?

Ferdynand Makłowicz: To wspólna praca, nasza i agencji marketingowej. Nad szatą graficzną myśleliśmy długo i przepracowaliśmy dużą liczbę projektów, nim wybraliśmy zwycięzcę. Zależało nam, by grafiki były uniwersalne, ale miały charakter i mamy nadzieję, że go widać. Jesteśmy bardzo dumni z efektu.

Mnie też się podoba. Brakuje mi tylko synów obok wizerunku pana Roberta.

To się może za chwilę zmienić, ale nic więcej nie zdradzę.

Gdybyście mogli wprowadzić pod swoją marką dowolny produkt, co chcielibyście mieć w ofercie? Bez oglądania się na koszty produkcji i potencjalny popyt. Macie takie kulinarne marzenia?

Ferdynand Makłowicz: Ja marzyłbym o chipsach truflowych.

Robert Makłowicz: Mógłbym wymienić tu cały szereg ekskluzywnych produktów i delikatesów, ale nie chodzi o to, by nagle dystrybuować homary, jamon de bellota czy culatello di zibello, czyli dwie najbardziej luksusowe i najdroższe szynki na świecie. Zawsze starałem się, żeby wiedza o jedzeniu rozpowszechniać bardzo szeroko. Tak samo chcę, by nasze produkty dotarły do jak największej liczby odbiorców.

Dwa produkty, jakie bardzo chciałem mieć, już są w naszej ofercie: porządny makaron i dobra oliwa. To podstawa kuchni każdego Europejczyka, nawet jeśli nie mieszka w kraju, w którym robi się makaron i w którym rosną oliwki.

Marzy mi się kuchnia środkowoeuropejska, bo w takiej tradycji jestem wychowany i z nią się utożsamiam. Myślę też o Azji Południowo-Wschodniej, bardzo modnej ostatnio. Oczywiście warto jeść lokalnie, to, co rośnie u nas. Jednak w taki dzień jak dzisiaj, kiedy niebo jest zasnute chmurami, a za oknem pada deszcz, nie pogardziłbym tajskim curry na mleczku kokosowym, z trawą cytrynową i liśćmi limonki kaffir. Przysadka mózgowa od razu inaczej działa.

Mikołaj Makłowicz: Mnie marzyłby się ryż jaśminowy. Chciałbym, żeby był powszechnie dostępny w Polsce. Ryże to fenomenalna i niedoceniania jeszcze kategoria. Drugim produktem, jaki mi się marzy, jest pasta fresca, czyli świeży włoski makaron. Oba to jakościowe produkty codziennego użytku.

Robert Makłowicz: Kategoria ryżów jest niezwykle ciekawa. W Polsce mamy o nich niewielkie pojęcie, dlatego to takie podniecające. Większość ryżów w Polsce jest sprzedawana w woreczkach. Tymczasem to szkodliwe, podczas gotowania uwalnia się mikroplastik. Poza tym nie da się w ten sposób porządnie ryżu ugotować.

Dalsza część artykułu znajduje się poniżej materiału wideo:

Mam wrażenie, że Polska oferta kulinarna jest bardzo bogata — zarówno jeśli chodzi o restauracje, jak i asortyment dostępny w sklepach.

Mikołaj Makłowicz: Bardzo dużo podróżujemy po Europie i rzeczywiście, w porównaniu z zagraniczną konkurencją polskie supermarkety oszałamiają wyborem. Półki są pełne nie tylko produktów kuchni świata, ale też na przykład produktów bez laktozy czy glutenu. Także oferta jedzenia na wynos bije na głowę niejeden kraj w Europie. Nasz rynek spożywczy jest na tak samo wysokim poziomie jak polski sektor bankowy.

Robert Makłowicz: Jeszcze 20 lat temu nie było w Polsce jogurtu naturalnego. Pamiętam pierwszą kampanię promującą ten produkt, którą przeprowadzał św. pamięci Maciek Kuroń. Jej hasło brzmiało: „Maciej Kuroń, kucharz znany, woli jogurt od śmietany”. Chodziło o to, by powiedzieć ludziom, że to produkt, który mogą dodawać do zup i sałatek.

Pierwsze jogurty naturalne były płynne. Potem zaczęto je zagęszczać, dodając mączkę chleba świętojańskiego. W końcu na rynek wszedł jogurt grecki — początkowo z Niemiec, produkowany na licencji. Dziś nie ma w Polsce firmy mleczarskiej, która nie miałaby jogurtu greckiego w ofercie. Jest nawet taki w dużych, plastikowych pojemnikach. Sam go kupuję, bo jak Grecy jem codziennie na śniadanie jogurt z dodatkiem miodu tymiankowego albo z owocami.

Robert Makłowicz
Robert Makłowicz | Makłowicz i Synowie

Weszliście na rynek w czasie inflacji. W jakim stopniu uwarunkowała waszą ofertę?

Mikołaj Makłowicz: Wystartowaliśmy w sytuacji wysokiej inflacji i dużej rynkowej niepewności, bo bardzo wierzymy w ten projekt. Firma, która zaczyna w kryzysie i go przetrwa, będzie stała latami. Oczywiście, cały czas przy tworzeniu produktów mamy na uwadze, by nie zatracić balansu między jakością, z której nie można zrezygnować, a ceną.

Myślicie o ekspansji zagranicznej?

Nasz produkty już trafiły do Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Macedonii.

Ferdynand Makłowicz: Rozmawiamy też z dystrybutorem w Mongolii.

Zobacz także: Jajka z konopi i grochu. Kiedy ceny jaj szaleją, wykluwa się nowy biznes

Obok marki produktów spożywczych, zainwestowaliście też w domy w Chorwacji. Na jakim etapie jest ten projekt i jaka jest jego geneza?

Ferdynand Makłowicz: Niedługo będziemy wychodzić na rynek ze stroną internetową i konkretnymi ofertami apartamentów na sprzedaż. Z tym projektem było podobnie jak z jedzeniem — to wszystko rzeczy, które łączą się z pasją rodziców, w tym wypadku miłością do Chorwacji, a konkretnie południowej Dalmacji. Od dobrych 15 lat nasza rodzina spędza tam bardzo dużo czasu. Naturalną koleją rzeczy rozglądaliśmy się więc z bratem za okazjami biznesowymi.

Czy to oznacza, że Makłowicze staną się wkrótce potentatami na rynku nieruchomości?

Na pewno nie jest tak, że zaraz zaczniemy budować w Hiszpanii czy na Wyspach Kanaryjskich. Chorwacja była dla nas naturalnym wyborem. Tata ma tu już zbudowane relacje.

Robert Makłowicz: W tych inwestycjach nie chodzi o robienie biznesu, a o podzielenie się tym, co mnie fascynuje od lat, dłużej niż chłopcy są na świecie. Miłość do kultury i kuchni z różnych stron świata z czasem przekuła się w pracę. Kiedy myślimy o tym, co będziemy robić, idziemy za tym, co nas interesuje. W Chorwacji jestem osiedlony już od dłuższego czasu. Inwestycja w nieruchomości wzięła się z myśli, że jest tu tak pięknie, że może ktoś inny też chciałby z tego skorzystać.

Branża nieruchomości ma wysoki próg wejścia. Trzeba mieć kapitał, kontakty, znać prawo.

Ferdynand Makłowicz: Zanim weszliśmy w tę branżę, poznaliśmy ludzi, którzy zostali naszymi partnerami biznesowymi. Mówimy po chorwacku, co ułatwia wiele spraw, choć rozmowa z architektem nadal jest wyzwaniem. Jeśli jednak mowa o wysokim progu wejścia, są nim przede wszystkim kwestie kulturowe. Tutaj nie załatwia się rzeczy tak, jak w Europie Zachodniej. Bardzo ważne są relacje. Czy rozmawiamy z kontrahentem, czy architektem, najpierw trzeba wypić wspólnie kawę, poznać się nawzajem. Dopiero po jakimś czasie można przejść do interesów. I my lubimy tak działać, wolimy mieć naprzeciwko człowieka, a nie wielką korporację.

Robert Makłowicz: Wszystko, co robię, opiera się na relacjach. Nie mam mentalności biznesmena.

Autor: Anna Anagnostopulu, dziennikarka Business Insider Polska

Źródło https://businessinsider.com.pl/biznes/tak-trzeba-gotowac-ryz-i-makaron-pierwszy-taki-wywiad-maklowicza/4bd75en

Popularny